poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Jak dobrze zacząć dzień. Granola kokosowa dla Elsy i Astrid.


Przepisów na granole są setki albo i więcej. Sama przetestowałam ponad dwadzieścia, a połowa zagościła u nas na stałe. Przepisy często są do siebie podobne, ale jednak inne. Lubię w granolach to, że można zmieniać składniki zgodnie ze swoimi upodobaniami lub zawartością szafki. 

Lubię to, że rano wystarczy wlać do miseczki jogurt (mleko, maślankę, mleko roślinne), wsypać granolę, dodać owoce (lub nie)  i mamy zdrowe śniadanie w minutę. 

Testuję więc kolejne receptury i te, które zyskują rodzinną aprobatę,  wchodzą na stałe do naszych poranków i trafiają też do Was.

W nowej książce Brontë Aurell jest tak dużo przepisów, które mnie kuszą, że najchętniej gotowałabym od rana do wieczora ;-) 

Przepis na granolę był jednym z pierwszych jakie zrobiłam z tej książki. Podoba mi się w nim tak duża zawartość pestek i nasion w stosunku do płatków, umiarkowana słodycz, smak i idealna chrupkość. No i przypomniałam sobie o syropie daktylowym, który już od dawna stał w kącie szafki ;-)

Bronte przyrządza tę granolę dla swojej rodziny, ja dla swojej, a teraz przepis trafia do Was. Może i u Was ta granola zagości rano na stole.




Granola kokosowa

75 g oleju kokosowego
2 łyżki miodu
2 łyżki  syropu daktylowego (można zastąpić syropem klonowym)
1 łyżka ciemnego brązowego cukru
rdzeń z 1/2 laski wanilii lub 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
1 łyżeczka mielonego cynamonu
100 g płatków owsianych
50 g płatków żytnich (można zastąpić owsianymi, orkiszowymi lub jęczmiennymi)
75 g płatków kokosowych
50 g migdałów (grubo posiekanych)
50 g orzechów laskowych (grubo posiekanych)
50 g pestek dyni
50 g siemienia lnianego
50 g pestek złonecznika
50 g sezamu

Nagrzać piekarnik do 160 stopni C.

Włożyć do rondelka olej kokosowy, miód, syrop daktylowy (klonowy), cukier, wanili i cynamon. Podgrzewać mieszając, aż masa stanie się gorąca, ale nie zagotuje się.

W misce wymieszać pozostałe składniki, zalać całość gorącą masą kokosowo miodową. Wymieszać całość i przełożyć na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Wstawić blachę do piekarnika i piec około 20 minut. W połowie pieczenia przemieszać całość, żeby granola równomiernie się upiekła. 
Kiedy płatki są złociste, wyjąć granolę z piekarnika i pozostawić do całkowitego wystudzenia. Na tym etapie można dodać posiekanych suszonych owoców.

Wystudzoną granolę przechowywać w słoju lub puszce.


Przepis Brontë Aurell z książki "Scandikitchen. Summer".

piątek, 13 kwietnia 2018

Szwedzkie śledzie w sosie musztardowym


Na blogu znajdziecie ponad dwadzieścia przepisów na śledzie. Większość z nich to skandynawskie przepisy. Lubię te ich połączenia smakowe. Kwaśne i słodkie jednocześnie. 

Śledzie to bardzo zdrowe ryby (kupuję te łowione z Morza Północnego lub z Atlantyku) i łatwo dostępne. 

Kiedy mój syn ma dużo nauki lub czuje się zmęczony, przygotowuję śledzie. Kiedy chcę coś podać z żytnim, razowym chlebem, przygotowuję śledzie. Kiedy tęsknię za Skandynawią, przygotowuję śledzie. 
Często je robię, szczególnie kiedy mam dostęp do dobrej jakości ryb.

Szwedzkich śledzi w sosie musztardowym zrobiłam już sporo, ale mimo, że są bardzo do siebie podobne, to jednak jest różnica w smaku, dlatego dzielę się z Wami kolejnym śledziowym przepisem.


 Szwedzkie śledzie w sosie musztardowym

150 g marynowanych śledzi (można użyć również solonych)
2 łyżki musztardy pełnoziarnistej
1 łyżeczka musztardy Dijon
1 łyżka drobnego cukru
2 łyżki octu winnego (jasnego)
2 łyżki śmietanki kremówki (30 lub 36%)
1 łyżka kwaśnej gęstej śmietany
1 cebulka szalotka (drobno posiekana)
100 ml oleju słonecznikowego
2 łyżki kopru (posiekanego)
łyżka szczypiorku (posiekanego)
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Pokroić śledzie w 2 cm kawałki.
W misce wymieszać obydwa rodzaje musztardy, cukier, ocet winny, śmietany i szalotkę. Cały czas mieszając dodawać po trochu olej do uzyskania gładkiego sosu. Dodać szczypiorek, koperek i śledzie. Wymieszać i doprawić do smaku pieprzem i solą.
Wstawić do lodówki na całą noc, żeby smaki przegryzły się.




Przepis Brontë Aurell z książki "Scandikitchen. Summer".

niedziela, 8 kwietnia 2018

Toscabullar - szwedzkie bułeczki z migdałami. Uzależniające.


W końcu dotarła do mnie ostatnia książka Brontë Aurell "Scandikitchen. Summer". Pamiętam ten lutowy poranek, kiedy razem z Brontë Aurell siedziałam w jej kawiarni i przeglądałyśmy tę książkę jeszcze przed publikacją. Opowiadała mi, które przepisy są jej ulubione, jak powstawały zdjęcia i co piecze dla dzieci. Pamiętam jak zobaczyłam przepis na toscabullar i opowiadałam Brontë swoje szwedzkie wspomnienia związane z tymi bułeczkami.

 Toscabullar to jedne z moich ulubionych wypieków z tego kraju. Maślane wilgotne ciasto z dodatkiem aromatycznego kardamonu i kawałeczków migdałów z niesamowitych chrupkim, lekko karmelowym wierzchem. Jeszcze ciepłe są wręcz uzależniające. A po otwarciu piekarnika, rozchodzi się po domu zapach jak z dobrej szwedzkiej piekarni. 
Nie mogłam się powstrzymać i to był pierwszy wypiek poupiekłam je praktycznie zaraz po otrzymaniu książki. 

O książce napiszę już wkrótce, a dzisiaj zostawiam Wam przepis na cudowne, pachnące i uzależniające toscabullar.

Wcześniejszy przepis na toscabullar znajdziecie TUTAJ.



Toscabullar

ciasto
25 g świeżych drożdży (lub 2 1/2 łyżeczki suszonych)
250 ml ciepłego mleka
40 g drobnego cukru
80 g masła (rozpuszczonego i wystudzonego)
400 g mąki pszennej typu 550 + mąka do podsypania blatu
2 płaskie łyżeczki mielonego kardamonu
1 płaska łyżeczka soli
1 duże jajko (lekko ubite)

nadzienie
80 g masła (w temperaturze pokojowej)
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
100 g drobnego cukru
50 g obranych migdałów (drobno posiekanych)

wierzch
100 g masła (w temperaturze pokojowej)
100 g płatków migdałowych
80 g ciemnego brązowego ckru
2 łyżki mąki pszennej
50 ml śmietanki kremówki

Przygotować ciasto.
W misce wymieszać ciepłe mleko z drożdżami i odstawić na 15 minut. Dodać cukier i wymieszać. Dodać masło i wymieszać mikserem, żeby masło połażczyło się z mlekiem. 
W drugiej misce wymieszać mąkę z kardamonem i solą. Cały czas miksując mieszankę maślano mleczną dosypywać mąkę  i miksować do uzyskania gładkiego ciasta. Dodać połowę rozbełtanego jajka (resztę zostawić do posmarowania bułeczek) i miksować całość przez 5-7 minut, aż ciasto będzie gładkie.

Miskę z ciastem przykryć folią spożywczą i odstawić ciasto do wyrastania na około 40 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.

Kiedy ciasto rośnie przyrządzić warstwę wierzchnią.
Wszystkie składniki włożyć do rondelka i mieszając podgrzewać, aż masło się rozpuści. Gotować całość (mieszając) około 2 minut, aż masa zgęstnieje. Przełożyć ją do miseczki i pozostawić do wystudzenia.

Przyrządzić nadzienie. 
W miseczce zmiksować masło z cukrem, cukrem waniliowym i mąką.

Podsypać blat mąką (ciasto jest dość lekkie i luźne, ale dzięki temu po upieczeniu będzie miękkie i delikatne). Można również na blacie położyć duży arkusz papieru do pieczenia i na nim rozprowadzić trochę mąki. Wyłożyć na papier/blat ciasto, posypać je z wierzchu lekko mąką i rozwałkować lub rozciągnąć dłońmi na prostokąt o wymiarach 40x50 cm. Rozprowadzić na cięście przy pomocy szpatułki nadzienie maślane. Caość posypać posiekanymi migdałami. 
Ciasto zwinąć w rulon i pokroić na 16 plastrów. 
Układać je na dwóch dużych blachach wyłożonych papierem do pieczenia zachowując odstępy pomiędzy bułeczkami.

Bułeczki przykryć ściereczką i odstawić na pół godziny, żeby podrosły. 
Kiedy rosną, rozgrzać piekarnik do 200 stopni C.

Posmarować je jajkiem, a na wierzch nałożyć masę migdałową. Nie trzeba jej rozsmarowywać, bo w trakcie pieczenia sama pokryje cały wierzch bułeczki.

Wstawić blachę z bułeczkami na środkowy poziom piekarnika i piec 10-12 minut do zrumienienia się wierzchu.
Upieczone bułeczki wyjąć i przełożyć na kratkę do wystudzenia i wstawić do piekarnika drugą blachę z bułeczkami.  

Jeść ciepłe lub wystudzone. Bułeczki można zamrażać.




Przepis Brontë Aurell z książki "Scandikitchen. Summer".

piątek, 6 kwietnia 2018

Ciasto z białą czekoladą i moroszką (maliną polarną)


W kalendarzu wiosna, za oknem wiosna,... a na targu jeszcze króluje zima. Ale już tylko chwileczkę. Czekam z utęsknieniem na pierwszy rabarbar, na truskawki i szparagi. Zanim te składniki pojawią się w moich wypiekach, jeszcze przez chwilę piekę bardziej zimowo ;-)

O mojej miłości do moroszki (maliny polarnej) pisałam wiele razy. Najczęściej kupuję ją w Szwecji, bo mam wtedy duży wybór i możliwość zakupu konfitury z dużą zawartością owoców. Kiedy zapasy kończą mi się, jadę do... sklepu Ikea. Można ją kupić tam w dziale spożywczym. 

A kiedy nie mam moroszki, a wielką ochotę na upieczenie ciasta, które widzicie na zdjęciu, używam dżemu malinowego lub morelowego (o dużej zawartości owoców w składzie). 

To ciasto jest pyszne. Wilgotne, lekko karmelowe i chrupiące na wierzchu. I łatwe do zrobienia :-)
Ciężko poprzestać na jednym jego kawałku ;-)

Życzę Wam pięknego, słonecznego i wiosennego weekendu.



Ciasto z białą czekoladą i moroszką (maliną polarną)

Hjortronkaka med vit choklad

175 g miękkiego masła
200 drobnego cukru
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
4 jajka (w temperaturze pokojowej)
220 g mąki pszennej tortowej
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g konfitury z moroszki (maliny polarnej) - można ewentualnie użyć innej
100 maślanki lub naturalnego jogurtu
1-2 łyżeczki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
100 g białej czekolady (posiekanej w 1/2 cm kostkę)
50 g grubo posiekanych orzechów włoskich

wierzch
50 g rozpuszczonej na parze białej czekolady

Nagrzać piekarnik do 180 stopni C. Formę w kształcie wieńca o średnicy 22 cm nasmarować masłem i wysypać mąką. Nadmiar mąki wysypać.

W misce zmiksować masło z cukrem i wanilią na puszysty krem. Cały czas miksując dodawać po 1 jajku. Kolejne jajko dodawać, kiedy poprzednie połączy się z masą. W drugiej misce wymieszać mąkę z solą i proszkiem do pieczenia.
Do zmiksowanej masy maślano jajecznej dodać mieszankę mąki z pozostałymi składnikami. Zmiksować tylko do połączenia. Dodać maślankę/jogurt, sok z cytryny i dżem z moroszki. Zmiksować do połączenia. Dodać czekoladę i orzechy i wymieszać całość szpatułką. Masę wylać do formy, wyrównać wierzch i wstawić do piekarnika.
Piec ciasto 45 minut (jeżeli zbytnio rumieni się z wierzchu, przykryć je folią aluminiową).
Przed wyjęciem sprawdzić stan upieczenia patyczkiem.

Formę z ciastem wyjąć z piekarnika i pozostawić do prawie całkowitego wystudzenia.

Obrócić formę i wyjąć ciasto na talerz (ja kładę talerz na formie i wtedy obracam). Udekorować ciasto rozpuszczoną białą czekoladą.

Ciasto można podawać z bitą śmietaną z dodatkiem dżemu z moroszki. Śmietanę ubijać, aż zaczną się tworzyć górki przy wyjmowaniu trzepaczki, wtedy dodać wanilię i dżem i całość bardzo delikatnie wymieszać.





Przepis  Brontë Aurell z książki "Scandikitchen Fika & Hygge"

wtorek, 3 kwietnia 2018

Wielkanoc 2018. Dwa przepisy na baby drożdżowe


Zeszły tydzień był dla mnie niezwykły i pełen emocji. W poniedziałek byłam na Wyspach Zielonego Przylądka, we wtorek poszłam do pracy, w środę zrobiłam świąteczne zakupy (na moje szczęście ;-)), w czwartek skręciłam kostkę i złamałam palec u nogi spadając ze schodów, w piątek spędziłam trochę czasu na szpitalnym SOR-ze, a resztę dnia przespałam, w sobotę zaangażowałam dzieciaki w gotowanie i pieczenie, a w niedzielę świętowaliśmy Wielkanoc. 

Menu trochę zostało okrojone, ale i tak jak co roku jedzenia było bardzo dużo. W planach były baby, które już wielokrotnie piekłam, ale w ostatniej chwili zajrzałam z ciekawości do starej książki kucharskiej mojej mamy - Jan Czernikowski "Ciasta, ciastka, ciasteczka. Wypiek domowy".

 Ta książeczka była w moim rodzinnym domu odkąd pamiętam (pierwsze wydanie było ponad 50 lat temu) i nieraz sama z niej skorzystałam. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby na Święta piec baby z nieprzetestowanych wcześniej przepisów, ale to był strzał w dziesiątkę ;-)

Baba warszawska to nasz przebój tegorocznych Świąt. W smaku i konsystencji przypomina włoską babę panettone. Baba jest wilgotna, bardzo aromatyczna i długo zachowuje świeżość. Ma ciężsżą konsystencję i większe dziurki niż klasyczna baba puchowa, ale dla mnie to jej wielki atut. Z dodatków ma w sobie migdały, rodzynki, skórkę pomarańczową i rum. Rodzynki trzeba namoczyć przed pieczeniem przez 1-3 dni. Dzięki temu będą bardzo aromatyczne i miękkie. 

Przepis na tę babę wybrałam trochę przypadkowo. Podobało mi się, że część mąki jest parzona (to zwiększa wilgotność ciasta i ma wpływ na dłużsży czas utrzymania świeżości) i... nigdy nie piekłam jeszcze baby warszawskiej. Mieszkam w Warszawie, więc najwyższy czas upiec coś lokalnego ;-)

Tę babę będą piec od teraz na każde święta.

Baba wykwintna jest delikatna, puszysta i trzeba z nią ostrożnie postępować, żeby nie opadła (typ baby pysznej, ale wrażliwej jak ta z TEGO przepisu). Ważne jest, żeby formę z ciastem delikatnie włożyć do piekarnika, delikatnie zamknąć za nią drzwiczki i delikatnie postawić do wystygnięcia. Baba nie jest mocno słodka, wręcz jest mało słodka. Polukrowanie nadaje jej słodyczy.




Babka drożdżowa warszawska

500 g mąki pszennej typu 550
150 g drobnego cukru
150 g masła (stopione i wystudzone do letniej temperatury)
10 żółtek
1 jajko
rdzeń z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka naturalnego ekstraktu
250 ml mleka pełnotłustego
50 g drożdży
skórka starta z 1 cytryny
50 g obranych migdałów pokrojonych w słupki
50 g rodzynek (namoczonych w rumie przez 1-3 dni)
50 g  skórki pomarańczowej (smażonej w cukrze)
2-3 łyżki (30-45 ml) rumu z moczenia rodzynek
2 szczypty soli

lukier
200 g cukru pudru
sok z cytryny
kilka kropel araku

(przepis na 2 baby)

100 g mąki pszennej wsypać do miski. Mleko doprowadzić w rondlu do zagotowania.
Mąkę w misce zalać około 200 ml wrzącego mleka. Całość wymieszać i rozcierając powstałe grudki. Odstawić do wystudzenia.
Resztę mleka przelać do kubka lub miseczki i kiedy osiągnie letnią temperaturę dodać drożdże. Wymieszać i odstawić na 5 minut.

Żółtka i jajko zmiksować z cukrem i wanilią na puszystą masę. Dodać do zaparzonej mąki i całość zmiksować blenderem na gładką masę (żeby nie było żadnych grudek). Dodać zaczyn drożdżowy i wymieszać. 
Miskę przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 15-20 minut (żeby zaczyn drożdżowo jajeczny lekko podrósł).

Po tym czasie dodać resztę mąki, sól, skórkę startą z cytryny i stopione masło. Miksować ciasto na niskich, a następnie na średnich obrotach przez około 10-15 minut. W połowie miksowania dodać rum i miksować dalej.

Po tym czasie zwiększyć obroty do bardzo szybkich i miksować ciasto jeszcze przez 5 minut. Zmniejszyć obroty, dodać rodzynki, migdały i skórkę pomarańczową. Miksować, aż bakalie połączą się z ciastem.

Miskę przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około minimum 1 godzinę. Ciasto jest dość gęste i ciężkie, więc jego rośnięcie trochę trwa, ale czas wpływa na jego późniejszy smak. 

Dwie formy do bab wysmarować masłem. Wyrośnięte ciasto przez chwilę ugniatać dłońmi, żeby się odgazowało.

Podzielić je na pół i wyłożyć je równomiernie do form. Ciasto powinno sięgać do połowy wysokości form. 
Przykryć formy ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 1 godzinę. 
Wyrośnięte ciasto powinno sięgać do 3/4 wysokości formy.

Baby wstawić delikatnie do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec 35-40 minut. Stan upieczenia sprawdzić patyczkiem/wykałaczką do szaszłyków przed wyjęciem.
Upieczone baby postawić na kratce do studzenia i zostawić je na 5 minut. Po tym czasie formy delikatnie obrócić i wyjąć baby na kratkę.
Pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Utrzeć lukier z cukru pudru, araku i odpowiedniej ilości soku z cytryny. Polukrować całkowicie wystudzone baby.



Baba drożdżowa wykwintna

700 g mąki pszennej typu 550
130 g drobnego cukru
130 g masła (stopione i wystudzone do letniej temperatury)
5 żółtek
5 jajek
rdzeń z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka naturalnego ekstraktu
500 ml mleka pełnotłustego
30 g drożdży
skórka starta z 1 cytryny
50 g rodzynek (namoczonych w rumie przez 1-3 dni)
50 g  skórki pomarańczowej (smażonej w cukrze)
2 szczypty soli

lukier
200 g cukru pudru
sok z cytryny
kilka kropel araku

(przepis na 2 baby)

Jajka i żółtka zmiksować z cukrem i wanilią na puszystą masę. Dodać letnie mleko i drożdże. Wymieszać i odstawić na 5-7 minut. 
Do miski miksera wsypać mąkę, dodać sól i skórkę z cytryny i wlać zaczyn jajeczno drożdżowy. Miksować ciasto na niskich, a następnie na średnich obrotach przez około 10-15 minut. Wyłączyć mikser i zostawić ciasto w spokoju na 15 minut.
Po tym czasie dodać masło i miksować dalej do połączenia.

Następnie zwiększyć obroty do bardzo szybkich i miksować ciasto jeszcze przez 5 minut. Zmniejszyć obroty, dodać rodzynki i skórkę pomarańczową. Miksować, aż bakalie połączą się z ciastem.

Miskę przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 30 minut.  

Dwie formy do bab wysmarować masłem. Wyrośnięte ciasto przez chwilę ugniatać dłońmi, żeby się odgazowało.

Podzielić je na pół i nałożyć je równomiernie do form. Ciasto powinno sięgać do połowy wysokości form. 

Przykryć formy ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 1 godzinę. 
Wyrośnięte ciasto powinno sięgać do 2/3 wysokości formy.

Baby wstawić bardzo delikatnie do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec 35-40 minut. Stan upieczenia sprawdzić patyczkiem/wykałaczką do szaszłyków przed wyjęciem.

Upieczone baby postawić bardzo delikatnie na kratce do studzenia i zostawić je na 10 minut. Po tym czasie formy delikatnie obrócić i wyjąć baby na kratkę.
Pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Utrzeć lukier z cukru pudru, araku i odpowiedniej ilości soku z cytryny. Polukrować całkowicie wystudzone baby.


 Przepis Jan Czernikowski z książki "Ciasta, ciastka, ciasteczka. Wypiek domowy".


środa, 14 marca 2018

Polędwica z sosem z porto i z suszonymi grzybami


Mięso jemy rzadko i w małych ilościach, ale kiedy już je przyrządzam staram się, żeby było niezwykłe w smaku. Z mięs w naszym domu najczęściej jemy wołowinę  i dzisiaj mam dla Was przepis właśnie z jej użyciem. 
Na polędwicę wołową z sosem z dodatkiem porto i grzybów suszonych. Niewiele składników, wbrew pozorom niewiele pracy, a efekt jest doskonały. Do dania podałam dość grubo krojone frytki (zrobione samodzielnie z ziemniaków, a nie z mrożonki) i cienką fasolkę szparagową (użyłam fasolki zamrożonej latem).

To danie jest bardzo efektowne i co najważniejsze niezwykłe w smaku. Polędwica, którą używamy do tego dania powinna być ukrojona z szerszej części, żeby stosując się do czasu pieczenia podanego w przepisie, otrzymać różowe mięso w środku. Jeżeli wolicie bardziej wysmażone, wydłużcie czas pieczenia. Przed pieczeniem mięso trzeba obsmażyć na patelni. Najlepiej użyć do tego bardzo rozgrzanej patelni żeliwnej lub stalowej i takiej, którą można wstawić do gorącego piekarnika. Jeżeli nie macie takiej patelni, wstawcie blachę do rozgrzanego piekarnika, kiedy zaczynacie obsmażać mięso.
 Chodzi o to, żeby przełożyć je do pieczenia na gorącą blachę, żeby nie obniżać zbyt mocno jego temperatury.

Mięso przed smażeniem powinno być wyjęte z lodówki na minimum godzinę wcześniej, żeby osiągnęło temperaturę pokojową.

Upieczone mięso po pokrojeniu lekko posypałam solą truflową, która nadała daniu jeszcze więcej niezwykłego smaku.



Polędwica z sosem z porto i z suszonymi grzybami

400 g polędwicy wołowej (ukrojonej z szerokiego końca) w temperaturze pokojowej
2-3 łyżki oleju do smażenia w wysokich temperaturach
25 masła
2 gałązki tymianku
1 duży ząbek czosnku rozgnieciony wraz z łupiną
sól z dodatkiem trufli (opcjonalnie)

sos
10 g suszonych prawdziwków
25 masła
1 duża szalotka (tzw. bananowa) lub 2 małe pokrojone w drobną kostkę
2 gałązki tymianku (same listki)
200 ml porto
100 ml bulionu wołowego (domowego)
sól do smaku

do podania
domowe frytki
fasolka szparagowa ugotowana na chrupko i polana z masłem

Przyrządzić sos.
Zalać w miseczce suszone prawdziwki 100 ml wrzącej wody. Odstawić do nasączenia na 10 minut.
Na patelni rozgrzać masło, dodać szalotkę i trochę soli i listki tymianku.
Podsmażać na małym ogniu przez około 5 minut, aż szalotka zmięknie, ale nie zrumieni się. Wlać porto, zwiększyć znacznie moc palnika i podgrzewać całość, aż połowa płynu odparuje. Dolać bulion, posiekane drobno suszone grzyby i 50 ml wody, w której moczyły się grzyby. Podgrzewać, aż połowa płynu odparuje. 

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni C. 
Polędwicę natrzeć olejem. Rozgrzać patelnię bardzo mocno (żeliwna lub stalowa powinna prawie dymić). Położyć na patelni mięso i obsmażyć je na rumiano z czterech stron. Po dwie minuty z każdej strony. Do obracania mięsa najlepiej użyć szczypiec. Widelcem przebijemy zrumienioną skórkę i zaczną wypływać soki.

Zdjąć patelnię z ognia.
Posolić lekko mięso, dodać na patelnię masło, gałązki tymianku, rozgnieciony czosnek.
Wstawić patelnię do piekarnika i piec całość 8-10 minut lub do czasu, kiedy termometr wbity do środka mięsa pokaże temperaturę 55 stopni C.

Mięso wyjąć z piekarnika i odstawić na 5 minut (bez przykrywania). Soki z patelni dodać do sosu i całość podgrzać. Posolić do smaku.
Mięso pokroić w plastry, oprószyć solą truflową i polać lekko sosem.
resztę sosu podać w sosjerce.
Podawać z domowymi frytkami i ugotowaną na chrupko zieloną fasolką szparagową.


poniedziałek, 12 marca 2018

Na pożegnanie zimy. Drożdżówki z korzennym jabłkowym nadzieniem.


Czuję nadchodzącą wiosnę.
Nie budzę się już w kompletnych ciemnościach, przeglądam w szafie sukienki i bawełniane swetry, powiesiłam już białe zasłony i hurtowo kupuję hiacynty. 
Jeszcze nie poczułam pachnącej ziemi, ale słyszę o świcie coraz głośniejszy świergot ptaków.
Wszystko budzi się do życia. I ja też. 

Z niecierpliwością czekam na pierwsze nowalijki, marzę o twarożku z rzodkiewkami, kawie w kawiarnianym ogródku i z wytęsknieniem czekam na rabarbar. Na targach w Londynie można go było już kupić, tutaj jeszcze chwilę trzeba poczekać. Mam nadzieję, że niedługo zrobię z nim drożdżówki (i z budyniem i kruszonką), ale na razie nadal królują u mnie jabłka, gruszki i cytrusy.

Zanim na blogu pojawią się wiosenne przepisy, zapraszam Was na jeszcze zimowe drożdżówki. Z jabłkami (można pomieszać je też z gruszkami, ale wtedy trzeba dać mniej cukru).
Lekko korzenne, lekko słodkie, na delikatnym, maślanym cieście. Lubię to ciasto za smak, ale i za to, że nie lepi się do dłoni w czasie formowania.





Drożdżówki z jabłkami

ciasto
500 g mąki pszennej (typu 550)
250 ml mleka
150 g masła (rozpuszczonego i wystudzonego)
100 g cukru
4 żółtka
30 g świeżych drożdży
szczypta soli
skórka starta z 1/2 cytryny

nadzienie jabłkowe
500 g jabłek (użyłam golden delicious i boskopów)
50 g masła
30-50 g brązowego cukru (ilość cukru uzależniona jest od odmiany jabłek, których używamy)
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
1/2 -3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
skórka starta z 1/4 cytryny

1 jajko (do posmarowania wierzchu)
płatki migdałowe (do posypania wierzchu)

Przygotować nadzienie.
Jabłka obrać, wykroić gniazda nasienne, a miąższ pokroić w 1 cm kostkę. Na patelni rozgrzać masło. Dodać jabłka i smażyć je mieszając od czasu do czasu, aż delikatnie się zezłocą (około 5-6 minut. Dodać cukier i smażyć jeszcze 1-2 minuty. Dodać przyprawy i skórkę z cytryny, wymieszać i przełożyć do miseczki i odstawić do całkowitego wystudzenia.

W misce wymieszać letnie mleko i drożdże. Odstawić na 5 minut. Dodać żółtka, cukier i sól. Wymieszać. Dodać mąkę i miksować (końcówki haki) do połączenia się składników. Dodać masło i miksować całość jeszcze przez 5-7 minut. Przykryć miskę ściereczką i odstawić ciasto do wyrastania na około 1 godzinę. Po tym czasie ciasto powinno podwoić swoją objętość. 

Na lekko podsypanym mąką wyrabiać przez chwilę ciasto dłońmi. Oderwać kawałek wielkości mandarynki, spłaszczyć go na dłoni, po środku ułożyć nadzienie, skleić końce ciasta i uformować w dłoniach bułeczkę. 
Układać je na blasze (zachowując 5 cm odstępy) wyłożonej papierem do pieczenia. Z tej porcji robię drożdżówki na dwóch blachach z wyposażenia piekarnika. 

Odstawić drożdżówki do wyrastania na około 1 godzinę. Po tym czasie ciasto powinno podwoić swoją objętość. Posmarować całość rozbełtanym jajkiem. Wierzch można posypać jeszcze brązowym cukrem lub płatkami migdałów.

 Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C przez około 15-20 minut. Po tym czasie wierzch ciasta powinien się zezłocić.

Czas pieczenia zależy od wielkości drożdżówk i od piekarnika.



piątek, 9 marca 2018

Londyn kulinarnie. Gdzie zjeść, wypić kawę, zrobić zakupy... Część II


Z nostalgią patrzę wstecz na moje dawne zakupy w czasie zagranicznych podróży. Potrafiłam przywozić ryż basmati albo arborio, makarony z pszenicy durum, oliwki, kapary, tuńczyka, dynie, szalotki...,  bo te produkty były niedostępne w naszym kraju. 
Teraz kupuję mniej, starając się przywozić tylko to, co jest charakterystyczne i wyprodukowane w kraju, do którego jadę. I czego nie kupię tu na miejscu. Coraz rzadziej zdarza mi się płacić za nadbagaż, ale nie powiem, żebym bez drżenia serca kładła walizkę do ważenia na lotnisku. Podróże z moim mężem są podwójnie przyjemne nie tylko dlatego, że spędzamy ten czas razem, ale też, że mój mąż może nadać na siebie dwie wielkie walizki. Czujecie jakie to może być kuszące ;-)

Gorzej się dzieje, kiedy jedziemy gdzieś razem samochodem. Na ostatnie zakupy przed wyjazdem podjeżdżamy wypchanym do granic możliwości autem i kiedy nasz koszyk zapełnia się po krawędzie, mąż zadaje mi pytanie: kochanie, czy nam się to wszystko zmieści? 
Mieści się. Zawsze ;-) 
Tylko gdzieś w połowie podróży słyszę: musimy zatankować, bo spalanie nam ZNACZNIE wzrosło ;-)

Przez ostatnie lata, zaczęłam też robić zakupy tuż przed odlotem, na wspólne kolację po powrocie. Kupuję chleb w piekarni, która mnie zauroczyła, świeże sery, czasami ciastka z jakiejś doskonałej cukierni. Wszystko zależy od miejsca, z którego wracam. Wiozłam już ze sobą dojrzewające na słońcu sycylijskie pomidory, śledzie z maleńkiej wytwórni  na szkierach, cynamonowe bułeczki ze Sztokholmu, masło z Bretanii, francuskie ostrygi, skrzyneczkę fig, które o świecie zrywałam z drzewa za zgodą właściciela, matjasy z Holandii,  
ciastka i makaroniki od Pierre'a Hermé, karczochy rano kupione na targu...

Wracając z Londynu też zrobiłam kolacyjne zakupy. Kupiłam chleb na zakwasie w Gail's, duński, żytni w Fabrique, sery i pasty do serów z pigwy i śliwek w Neal's yard dairy, konfiturę z karmelizowanej cebuli... Tego samego dnia syn wracał z Francji, a mąż z Portugalii i oni też zrobili swoje zakupy :-)
Mieliśmy przyjęcie.

Jak patrzę na moje dzieci, to myślę, że przekazałam im zwyczaj "pamiątek" jedzeniowych z podróży. Od małego mój syn przywoził ze szkolnych wycieczek żywnościowe prezenty. Z Torunia dostałam przyprawy korzenne i książkę ze starymi przepisami na pierniki, z Włoch i Francji były sery i makarony. Ale nie takie zwykłe pszenne, ale z lokalnych, małych wytwórni, ze starych odmian zbóż. Tylko raz dostałam małą figurkę z Westerplatte ;-) Reszta to było wyłącznie jedzenie. 

Córka zwoziła przyprawy, gałązki wrzosów, które znalazła złamane na plaży w Irlandii, konfitury i szerokie lejki do nakładania dżemów do słoików :-)

Mąż, który często jest w podróżach służbowych zaopatruje naszą "winną piwniczkę" ;-) i kupuje mi ulubione gazety kulinarne.

Jak tak to piszę, to zaczynam sobie bardziej uzmysławiać, jak wielki wpływ mamy wzajemnie na siebie i jak dobre jedzenie jest dla nas ważne. 

Po tym przydługim wstępie, zapraszam Was na kolejną przydługą ;-) część londyńskich kulinariów moimi oczami.

OTTOLENGHI

Pamiętam swoją pierwszą książkę Ottolenghi. Byłam zauroczona przepisami, smakami dań i różnorodnością połączeń. Marzyłam, żeby odwiedzić jedno z miejsc prowadzonych przez Ottolengi i kiedyś tam zjeść. Parę lat temu, wynajeliśmy pokój w hotelu w Notting Hill w pobliżu jednej z jego knajpek i... biegałam tam codziennie, żeby spróbować czegoś nowego. Do jednej rzeczy nie potrafię się tam przekonać. Do wielkich różowych bez. Podziwiam je za każdym razem, ale nie wyobrażam sobie, żeby je zjeść. Ottolenghi to dla mnie takie miejsce jak National Gallery. Przy każdej wizycie w Londynie muszę tam iść. I za każdym razem wychodzę szczęśliwa. To dobre miejsce na śniadanie, kawę, ale najlepsze na lunch i zakup wiktuałów na piknik. W Londynie nie jest trudno znaleźć park, więc zrobienie pikniku na trawie to sama przyjemność. W menu, które codziennie się zmienia znajdzie się wybór dań bezglutenowych, wegańskich, wegetariańskich, ale są też potrawy z rybą lub mięsem.
Ottolengi można znależź w Londynie w czterech lokalizacjach. 





BOROUGH MARKET

Borough market to wielki targ znajdujący się pod wiaduktem, niedaleko London Bridge (i Tate Gallery dla miłośników sztuki nowoczesnej). To wspaniałe miejsce na zakupy, jak i na zjedzenie czegoś na miejscu. Dania street foodowe z całego świata są wielkim atutem tego miejsca. Na targu jest bardzo duża ilość stoisk z serami (z Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch), wędlinami, rybami i owocami morza, oliwami, winami, czekoladą, kawą. a także oczywiście z warzywami. Są  również liczne stoiska z pieczywem (także bezglutenowym), ciastami i przyprawami. Na targu znajduje się również sklep z akcesoriami kuchennymi. Pełno tam turystów, ale równie dużo jest mieszkańców.










NEAL'S YARD DAIRY

Szukacie miejsca, gdzie można kupić dobre angielskie sery z małych wytwórni? Neal's yard dairy to miejsce idealne. Sprzedawcy doradzą i dadzą wszystkiego  spróbować. Wybór cheddarów i stiltonów jest imponujący. Oprócz serów można tam kupić masła, śmietany i przepyszne dodatki do serów (krakersy, relishe, chutneye, miody...). Moimi wielkimi faworytami zostały pasty ze śliwek damson i z pigwy. Okazały się rewelacyjnymi dodatkami do serów. 
Jeden ze sklepów znajduje się w malutkiej uliczce tuż przy Borough Market. Oprócz niego znajdziecie jeszcze sklepy w dwóch innych lokalizacjach.







MONMOUTH

Monmouth to palarnia kawy i kawiarnia. Tam zawsze stoją kolejki chętnych po zakup kawy. W Monmouth kupują kawy z zachowaniem  zrównoważonego i  sprawiedliwego handlu od małych plantatorów i spółdzielni. Bezpośredni kontakt z wytwórcami jest dla nich bardzo ważny. Tam naprawdę kawa smakuje zupełnie inaczej. Można ją kupić i wypić na miejscu, a także nabyć ją w ziarnach na wynos. Mogą także zmielić kawę w zależności od preferencji parzenia. I co jest równie ważne, potrafią świetnie doradzić, kiedy zagubimy się w tym niezwykłym kawowym świecie.






SPICE MOUNTAIN

Sklep z przyprawami Spice mountain mieści się na Borough Market. Można tam kupić przyprawy z całego świata. Bogaty wybór mieszanek, jak i fachowe doradztwo jak ich użyć są dużymi atutami sklepu.




BREAD AHEAD

Piekarnia Bread Ahead mieści się na Borough Market.  Została założona przez Matthew Jones'a w 2013 roku. Można tam kupić doskonałe chleby na zakwasie, focaccie, bułki, słodkie wypieki. Piekarnia dostarcza też pieczywo do restauracji i delikatesów. Oprócz zakupów możecie tam zapisać się na warsztaty kulinarne z wypieku chlebów, ciast, bułek... Różnorodne opcje pozwalają wybrać kurs w zależności od własnych potrzeb i umiejętności. Od 3 godzinnego kursu na wypieki skandynawskie do 3 dniowego z chlebów na zakwasie. Niestety ciężko zapisać się na te kursy, bo ilość chętnych jest bardzo duża. Teraz zostały pojedyńcze miejsca na kursy czerwcowe. 
Bread Ahead to dobre miejsce, żeby zaopatrzeć się w wypieki na śniadanie, kolację albo kupić parę produktów na piknik.





PADELLA I TRULLO

Padella  i Trullo to dwie bardzo popularne restauracje podające dania kuchni włoskiej. Prosta, krótka i sezonowa karta to ich cechy wspólne. W Trullo jest bardziej elegancko. Podaje się tam świeże, robione ręcznie makarony i dania mięsne i rybne z grilla węglowego. W Padelli serwuje się tylko świeże, robione ręcznie makarony, kilka przystawek, trzy desery, wino, piwo i aperitivi. Najbardziej popularne dania to papardelle z ragu gotowanym przez 8 godzin i makaron pici z pieprzowym sosem. W Padelli nie można robić rezerwacji i trzeba być gotowym na stanie w kolejce w oczekiwaniu na stolik.
Padella znajduje się przy Borough Market. 




PRINCI

Princi odkryłam parę lat temu w Mediolanie i... zakochałam się w tym miejscu. Teraz jest też w Londynie. Jeżeli macie ochotę na niezwykle pyszne focaccie z dodatkami pieczone w piecu węglowym, pizze, sałatki z sezonowych warzyw, doskonałe ciasta,  makarony z rewelacyjnymi sosami i pyszną włoską kawę, to koniecznie odwiedźcie to miejsce. Idealne na śniadanie, lunch, obiad albo na kupienie składników na piknik. Wieczorem serwowane jest aperitivo, czyli kupujemy kieliszek wina (piwa, aperol spritza...) i jemy dania z bufetu.
W tym miejscu język włoski słychać na około. 
Naprawdę dużo bym teraz dała, żeby znowu zjeść kawałek focacci z pieczonymi warzywami, spoglądając przez okno na londyńską ulicę.









FORTNUM & MASON

Fortnum & Mason to luksusowy sklep (założony w 1707 roku) oferujący produkty spożywcze sprzedawane pod własną marką, trochę produktów związanych z nakryciem stołu i słynne kosze piknikowe. Na miejscu można zjeść klasyczny angielski podwieczorek składający się z herbaty, kanapek i ciastek (około 50 funtów od osoby) lub zjeść coś w restauracji lub barze winnym. To co naprawdę warto kupić w tym sklepie to herbaty. Sprzedawane są w torebkach (4.50 funta) i sypkie w puszkach (od około 10 funtów) i na wagę (od 2.50 funta za 50 gramów). Te sprzedawane na wagę mają naprawdę atrakcyjną cenę. 
To herbaty wysokiej jakości. 

Godne polecenia są zarówno klasyczne herbaty czarne (cejlońska, darjeeling, assam, yunnan, lapsang souchong...), zielone (sencha, matcha, gunpowder, z dodatkiem jaśminu, kwiatu bzu czarnego...), mieszanki (earl grey, countess grey, chai tea, smoky earl grey - wędzony earl grey, angielska, irlandzka śniadaniowa, fortmason...  ), białe, oolong. Jeżeli macie ochotę kupić dobrą, angielską herbatę w puszce w eleganckim sklepie, to zdecydowanie wybierzcie Fortnum & Mason, a nie Harrodsa. 
Na dachu Fortnum & Mason znajdują się cztery ule. Miód stamtąd pozyskiwany jest od 2008 roku. I to też jest dla mnie wielki atut. W końcu propagowanie miejskiego pszczelarstwa jest mi bardzo bliskie.



FABRIQUE

Fabrique odkryłam parę lat temu w czasie pierwszej wizyty w Sztokholmie. Wpadałałam tam rano po świeży chleb i kardamonową bułeczkę na śniadanie albo po kanapkę na podróż promem na szkiery. Mam sentyment do zapachu świeżego chleba i kawy, który rozchodzi się w tych piekarniach. W Londynie jest tak samo. Te same chleby, te same bułeczki cynamonowe i kardamonowe, ten sam zapach. Możecie kupić tam doskonałe pszenne chleby na zakwasie z różnymi dodatkami (orzechami, oliwkami, żurawinami, figami, morelami), chleby żytnie (w tym słynny duński idealny do smørrebrød) i dużo skandynawskich bułeczek (kardamonowe, cynamonowe, szafranowe) i doskonałe kanapki. To dobre miejsce dla miłośników skandynawskich smaków, którzy chcą zjeść coś dobrego na miejscu albo zrobić zakupy na śniadanie lub kolację. To też idealne miejsce, żeby zaopatrzeć się w wiktuały na piknik albo na podróż.
Fabrique znajdziecie w Londynie w czterech lokalizacjach. 








LinkWithin

Related Posts with Thumbnails